Yangshuo

W październiku, gdy szkoła ogłosiła datę festiwalu z okazji ‚połowy jesieni’ (Mid-Autumn Festival, zwany też Moon Festival) i dała nam tydzień wolnego, zostaliśmy postawieni przed ciężkim wyborem – gdzie wybrać się na naszą pierwszą wycieczkę krajoznawczą po Chinach? Pomysłów miałam dość dużo, jednak wybór okazał się łatwy. Mojej sąsiadce/koleżance po fachu najbardziej marzyło się Yangshuo, próbując mnie namówić na wspólne podróżowanie zaczęła pokazywać mi zdjęcia – i to wystarczyło. Była to miłość od pierwszego wejrzenia, wiedziałam, że to właśnie tam muszę pojechać. Nie bez powodu słynne góry z Yangshuo znajdują się na banknocie 20 yuanowym.

Chińczycy są bardzo pomocni, zwłaszcza dla obcokrajowców, dlatego gdy jedna z naszych znajomych usłyszała, że planujemy wyjazd od razu zaoferowała nam pomoc. Nie tylko kupiła nam bilety na pociąg ale również chciała nas na niego zawieźć. Pociąg mieliśmy bardzo wcześnie rano, więc już o godzinie 7 mieliśmy się spotkać pod naszym blokiem. O godzinie 8 staliśmy tam nadal, przemoknięci i zmarznięci… Okazało się, że zapomniała nastawić budzika i zaspała. Jak na złość wszystkie taksówki dosłownie zniknęły z powierzchni ziemi, w końcu jednak udało się jedną złapać i dotarliśmy na nasz pociąg jakieś 5 min przed czasem…

Przed nami było 6 godzin podróży w dość niecodziennych warunkach…

20161001_090427 (2)

Byliśmy w wagonie, który nazywa się ‚sleeper’ i jest to po prostu wagon z łóżkami. Większość pasażerów spała sobie szczęśliwie, ja jednak czułam się dość niekomfortowo, więc leżałam tylko niezręcznie i całą drogę czytałam książkę (bałam się również tego jak często i czy w ogóle zmieniana jest pościel…). Po jakimś czasie widoki za oknem zaczęły stawać się coraz lepsze, więc czas trochę przyjemniej mijał.

20161001_145038 (2)

Dotarliśmy w końcu do miasta o nazwie Liuzhou, gdzie spędziliśmy wieczór w towarzystwie znajomej mojej wyżej wspomnianej sąsiadki/koleżanki po fachu. Zostaliśmy zaproszeni na kolację a później pozwiedzaliśmy trochę miasto.

Liuzhou zrobiło na mnie dobre wrażenie, niecodzienne budynki, piękne wzgórza i fajne sklepy. Czas nas jednak gonił więc następnego ranka musieliśmy ruszać do Yangshuo.

Kolejny pociąg i kolejne problemy… Okazało się, że przy bukowaniu dziewczyna zrobiła pomyłkę i pierwsze litery z numeru mojego paszportu wpisała jako część mojego nazwiska. Przy odbieraniu biletów trzeba pokazać paszport i gdy zobaczyli ten błąd automatycznie pozbyli się naszej rezerwacji. A przez to, że podczas festiwalu dosłownie każdy podróżuje, wszystkie bilety na późniejsze pociągi były wykupione. Po godzinie panikowania i obmyślania róznych dziwnych planów znajoma mojej koleżanki zaproponowała, że nas zawiezie (Dzięki jej po raz setny). Gdy zajechaliśmy na miejsce była prawie północ a korki nadal były straszne, do tego nasz hostel był wyjątkowo dobrze ukryty i za nic nie mogliśmy go znaleźć. W końcu się poddaliśmy i zadzwoniliśmy czy ktoś z recepcji nie mógłby nas odebrać. Dziewczyny z hostelu na szczęście zgodziły się nam pomóc, odnalazły nas na ulicy i zaprowadziły na miejsce.

Yangshuo: dzień 1

W pierwszy dzień wypożyczyliśmy rowery i ruszyliśmy nad rzękę Li. Zaczęło się dość przyjemnie, cieplutko, droga z górki, ładne widoczki ale im bardziej się zbliżaliśmy do rzeki tym korki stawały się gorsze.

Pod koniec przerodziło się to w najgorszą wycieczkę rowerową mojego życia. Miliony samochodów (każdy z nich musi trąbić jak szalony), z każdej strony próbują cię wyprzedzić inni rowerzyści i skutery i do tego wszystkiego temperatura z przyjemnego ciepełka przerodziła się w ciężki do zniesienia ukrop. Nie daliśmy się jednak nikomu rozjechać i dotarliśmy do naszego pierwszego przystanku, wzgórza ‚Moon Hill’.

DSC03037 (2)

Wspinaczka na Moon Hill jest dosyć krótka, jednak w tamtym upale nawet te niepozorne pół godziny to był niezły wycisk. Zostałam jednak wynagrodzona niepowtarzalnymi widokami:

DSC03043 (2)DSC03064 (2)

Cały ten stres i wysiłek zdecydowanie się opłacił!

Ze wzgórza ruszyliśmy dalej nad rzekę (czyt. wróciliśmy do jeszcze większych korków). Chcieliśmy znaleźć jakieś ciche miejsce żeby chociaż na chwilę się zrelaksować, ale było to dosłownie niemożliwe, wszędzie były miliony turystów. Mid-Autumn Festival to chyba najgorszy czas na podróżowanie po Chinach. Miałam wtedy wrażenie, że wszyscy mieszkańcy Chin zdecydowali się wybrać do Yangshuo w ten właśnie tydzień.

W końcu udało nam się znaleźć trochę bardziej odludne miejsce, gdzie zatrzymaliśmy się na złapanie oddechu i parę zdjęć.

Następnie ruszyliśmy z powrotem, bo czekała nas równie stresująca droga do miasta.
A tak w ogóle to wiecie jak ciężko się jeździ na tandemie? Może to fajnie wygląda ale nie polecałabym tego na dłuższe wycieczki…

Yangshuo: dzień 2

W każdym jednym przewodniku czytałam o tym, że niezbędnym punktem wycieczki w Yangshuo jest rejs po rzece Li, więc jak na dobrego turystę przystało postanowiłam się na owy rejs wybrać!

Nasz hostel organizował transport na jedną z takich wycieczek, więc zdecydowaliśmy się zapisać. Powiedzieli nam, że przez festiwal kolejki są trochę większe, także czas oczekiwania na tratwę to będzie jakaś godzinka. Stwierdziliśmy, że godzinka to nie tak źle i o 7 rano, bez śniadania wyruszyliśmy z hostelu.

Na miejscu zastała nas taka kolejka:

20161004_083501 (2)

I owszem, czas oczekiwania to była godzinka, ale nie był to czas oczekiwania na tratwę tylko na bilecik z numerkiem, dzięki któremu mogło się czekać w siedzącej kolejce!
Jacyś mili ludzie mówiący po angielsku powiedzieli nam, że teraz ruszyła tratwa z numerkiem 30, my mieliśmy numer 400+. Nieźle wkurzeni zadzwoniliśmy do hostelu czy mogą nas odebrać i zwrócić pieniądze, nie chcieliśmy marnować naszego czasu w Yangshuo na stanie w kolejkach. Hostel powiedział jednak, że nic z tym nie mogą zrobić, niby nas przecież ostrzegli, że mogą być kolejki…

Byliśmy coraz bardziej głodni i coraz bardziej wkurzeni. Byliśmy dosłownie pośrodku niczego, żadnych sklepów, domów, nawet drogi asfaltowej tam nie było.
W końcu znalazłam jakiś mały budynek, który wyglądał na restaurację. Nikogo tam nie było, więc zaczęłam chodzić dookoła i krzyczeć za kelnerką (desperacja poziom głodna Asia), w końcu jakaś kobieta mi odpowiedziała i dała mi do ręki menu, które oczywiście było po chińsku i bez żadnych obrazków (koszmar obcokrajowca). Wskazaliśmy palcem na jakieś przypadkowe rzeczy i poprosiliśmy o ryż, licząc że dostaniemy coś zjadliwego.
Zamiast zjadliwego, dostaliśmy jeden z najgorszych posiłków jakie kiedykolwiek jadłam. Nie jestem w stanie nawet tego opisać, miałam wrażenie, że jem sfermentowane papryczki chilli polane jakimś okropnym sosem. Nie polecam.

4 godz później…

W końcu doczekaliśmy się swojej kolejki! Już byłam jedną nogą na tratwie gdy jakiś pan mnie zatrzymał i zaczął zadawać pytania po chińsku. Ja tylko odpowiadałam, że nie rozumiem, więc zniknął i po chwili wrócił z kolejnym panem, który tylko wydukał ‚baby?’… Nie, nie jestem w ciąży! To że noszę luźne sukienki, nie znaczy, że chowam pod nimi ciążę!
Pokiwali głową, przeprosili i pozwolili mi w końcu wsiąść na tą tratwę, co uczyniłam klnąc sobie na nich pod nosem…

Raz jeszcze cały ten stres został wynagrodzony pięknymi widokami i miałam przed sobą 1,5 godziny siedzenia i podziwiania, więc zdobyłam się na wybaczenie panu zatroskanemu o moje nieistniejące dziecko…

 

Po powrocie postanowiliśmy odhaczyć kolejny punkt z naszej turystycznej listy: słynna ryba w sosie piwnym na kolację. W restauracji po złożeniu zamówienia kobieta przyniosła nam jeszcze nieugotowaną rybę, żebyśmy mogli sobie zobaczyć czy wielkość nam odpowiada. Ryba wyglądała jak ryba, więc jasne, czemu nie? Po ugotowaniu wyglądała jeszcze lepiej i była nawet całkiem smaczna.

Po kolacji poszliśmy zwiedzać miasto, okropnie zatłoczone ale bardzo urokliwe. Ja jednak z godziny na godzinę coraz gorzej się czułam, pociłam się strasznie, muliło mnie i byłam bardzo słaba. Zdecydowaliśmy się wrócić do hostelu żeby trochę odpocząć i żeby nabrać siły na wieczorne szaleństwa.

W drodze powrotnej jednak coraz gorzej się czułam, weszliśmy do KFC, gdzie prawie zasnęłam przy stoliku, a potem nie mogłam wstać bo tak mi się w głowie kręciło. Zebrałam w sobie jednak siły tylko po to żeby wyjść i zwymiotować na środku zatłoczonej ulicy…

20161003_183211 (2)

Tak bardzo zatłoczonej ulicy…

O dziwo nikt jednak nie zwrócił na mnie większej uwagi, więc zawstydzona szybko stamtąd uciekłam.
Czułam się już trochę lepiej, więc doszłam spokojnie do hostelu, gdzie godzinę później zaczął się koszmar.

Zatrucie pokarmowe…

Wymiotowałam średnio co 15 minut, mój żołądek odrzucał nawet wodę i herbatę. Byłam odwodniona i nie mogłam pić. Przepraszam za szczegóły ale mój organizm pozbywał się trucizny ze wszystkich stron jednocześnie.
Po jakimś czasie, wypełnionym regularnym wymiotowaniem, zatrucie złapało też Dana. Lataliśmy na zmianę do łazienki całą noc, nie dając spać rodzeństwu z Ameryki, z którym dzieliliśmy pokój. Podziwiam ich za to, że znieśli to bez marudzenia i że nas nie zamordowali. Pomogli mi też trochę elektrolitami i chyba dzięki temu jakoś dotrwałam do rana.

Rano musieliśmy wymeldować się o 12, oboje czuliśmy się okropnie ale jakimś cudem doczołgaliśmy się do recepcji, gdzie zastaliśmy umierającą R., która po tym jak się dzień wcześniej rozeszliśmy do pokoi wyszła sama na miasto i niestety dołączyła do mnie w klubie osób wymiotujących na środku ulicy. Zatrucie złapało nas wszystkich.

Od 12 do 18 leżeliśmy na kanapach w hostelu, nie mając siły się podnieść. Dziewczynom z recepcji musiało być nas bardzo żal, bo dały nam darmowe jedzenie (kleik ryżowy) i herbatę.
W końcu jednak musieliśmy się ruszyć żeby zdążyć na autobus do Guilin – pobliskiego miasta, które miało być naszym ostatnim przystankiem.

Godzinna podróż autobusem po wyboistych drogach to była niezła męczarnia ale jakimś cudem daliśmy radę.

Guilin: Ja niestety nie ruszyłam się tam z łóżka, brzuch mnie bolał do tego stopnia, że nie mogłam chodzić. Dan jednak uwiecznił dla mnie parę pięknych widoków (i swoją kolację) na zdjęciach (jak mi je pokazywał zaczęłam płakać jak dziecko, trochę z zazdrości, trochę z bezsilności):

Jak zwykle nie obyło się bez przygód, jednak to dzięki nim te wakacje były tak ciekawe i niezapomniane!

Yangshuo i Guilin zdecydowanie polecam (może niekoniecznie podczas festiwalu księżyca) wszystkim planującym wycieczkę do Chin. Te góry są jedyne w swoim rodzaju.

Advertisements

2 uwagi do wpisu “Yangshuo

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s