Changsha – miasto szczeniaczków?

Przepraszam za długą nieobecność, ale jakoś tak wyszło… Pozwolę sobie zwalić winę na chiński Internet, który ostatnimi czasy jest jeszcze bardziej wolny (o tytułowych szczeniaczkach na samym dole – jest nawet film!).

A więc! Changsha.

DSC03637 (2)

Changsha to stolica prowincji Hunan (gdzie obecnie mieszkam). Wyróżnia się spośród innych miast pod wieloma względami, np. można tam znaleźć H&M i Zarę! (Wybaczcie, ale zakupy ciuchowe w Chinach są o wiele cięższe niż by się to mogło wydawać i bardzo mnie ten fakt cieszył).

Moja radość z długiego weekendu szybko jednak prysnęła… Każdy wyjazd był dość problemowy i tym razem nie mogło być inaczej!

Jakoś tydzień przed wyjazdem zabukowałam nam hotel na booking i byłam bardzo z siebie zadowolona bo był dość tani, ładny i w dobrej lokalizacji. Jak dotarliśmy na miejsce, złapaliśmy autobus, który gdzieś mniej więcej w kierunku naszego hotelu zmierzał i ruszyliśmy. Autobus zatrzymał się po złej stronie rzeki, a że nasz hotel był praktycznie zaraz po drugiej stronie postanowiliśmy się przejść. Na mapie wszystko wyglądało bliziutko ale skończyło się to ponad godzinnym spacerkiem w 30 stopniowym upale. W końcu znaleźliśmy się na właściwej ulicy ale hotelu nigdzie nie mogliśmy znaleźć, nie miał dosłownie żadnych oznaczeń. Pytaliśmy się przypadkowych ludzi o drogę aż w koncu jakiś pan ochroniarz się nad nami zlitował, spojrzał na naszą mapę i na nazwę i nas tam zaprowadził.

Hotel znajdował się na 37 piętrze jakiegoś budynku i zaprowadzono nas do malutkiego pokoiku, który miał być chyba biurem. Biuro to to jednak na pewno nie było, syf był przeogromny a za biurkiem stały 2 łóżka, na których w najlepsze chrapał sobie jakiś pan.
Ja się przeraziłam, że to tam nam będą kazali spać, ale kazali usiąść, dać paszporty i czekać, to tak też zrobiłam.

Po 30 minutach patrzenia się na kobietę, która patrzyła się intensywnie na nasze paszporty i na komputer i wykonywała mnóstwo telefonów kazano nam wyjść…
Okazało się, że przez jakąś kontrolę, nie mogą przyjmować obcokrajowców.

Nie udzielili nam żadnej pomocy, powiedzieli tylko, że musimy znaleźć inny hotel i znikać stamtąd jak najszybciej…

Żadne z nas nie miało Internetu, ani numeru do booking, więc zaczęliśmy błądzić po ulicach z bagażem w poszukiwaniu cudu i dachu nad głową.
W końcu udało nam się znaleźć restaurację, w której mieli WI-FI, znalazłam więc numer do booking i zadzwoniłam ze skargą. Kobieta na początku była milutka, przeprosiła, powiedziała, że dowie się co można zrobić i zaraz oddzwoni.
Po 10 minutach zadzwoniła i powiedziała, że znalazła nam hotel niedaleko tego poprzedniego, tylko że jest 3 razy droższy, ale o tej godzinie w niższej cenie ‚nic innego państwo nie znajdziecie’.

Delikatnie mówiąc lekko się zdenerwowałam, nie byli w stanie zaoferować nam nawet żadnej ulgi albo zwrotu różnicy w cenie, odbyłyśmy jeszczę parę dość nieprzyjemnych rozmów i postanowiłam ich olać i znaleźć coś na własną rękę.

Wcześniej widzieliśmy gdzieś w centrum reklamę hotelu kapsułowego, zdecydowaliśmy się zaryzykować i tam się właśnie udaliśmy… Kolejny straszny budynek, kolejna straszna pseudo-recepcja z namiotem na korytarzu i wszystkie kapsuły zajęte! Pan jednak zaoferował nam pokój w dość przystępnej cenie i z desperacji się zgodziliśmy.
Pokój był malutki i co najlepsze, miał widok na klub nocny! Także codziennie do jakiejś 4 rano za oknem słychać było najgorsze techno pod słońcem (muzyka w chińskich klubach to coś strasznego). Do tego wszystkiego dzieliliśmy łazienkę z całą resztą gości. Łazienkę typowo chińską – dziura w podłodze, brak kabiny prysznicowej, pleśń na ścianach i wszystko wiecznie mokre. To było tak okropne, że nawet nie byłam w nastroju do robienia zdjęć…

Od tamtej pory trzymam się zasady, że lepiej zapłacić więcej i mieć spokój.

No ale cóż, koniec narzekania! Opowiem teraz trochę o samym mieście i co tam właściwie robiliśmy. Changsha ma dość bogatą historię, a zawdzięcza to głównie temu panu:

‚Ten pan’ to nie kto inny jak Mao Zedong, dzięki któremu istnieje teraz komunistyczna Chińska Republika Ludowa. Nie będę tu jednak opowiadać o polityce, powiem tylko tyle, że część Chińczyków uważa go za wielkiego przywódcę, który dokonał cudów a reszta osób woli się na jego temat nie wypowiadać.
Pomimo tego, że Mao jest dość kontrowersyjną postacią, to jego ‚głowa’ przyciąga do Changshy mnóstwo turystów. Podobno to właśnie tam, siedząc pod drzewkiem i zachwycając się otaczającą go naturą, Mao obmyślał plany na przyszłość swojego kraju.

Głowę Mao znajdziecie na wyspie ‚pomarańczowej’, która znajduje się pośrodku rzeki Xiang, blisko centrum miasta. Nazwa Orange Island wzięła się od mnóstwa drzewek pomarańczowych, które rosną wzdłuż całej wyspy.

Pomarańcze wyglądały na idealne do jedzenia, jednak wszędzie wisiały tabliczki, że nie wolno i jak cię złapiemy to srogo zapłacisz… Normalnie to przymrużyłabym na to oko ale wszędzie kręcili się ludzie, którzy podejrzanie się na mnie patrzyli także odpuściłam i musiałam się zadowolić zapachami.

Co jednak mnie bardziej zdziwiło i trochę zdenerwowało to fakt, że Orange Island to jest praktycznie jedyne miejsce z taką ilością zieleni w mieście gdzie możnaby się zrelaksować, jednak każdy kawałek trawy jest ogrodzony i oczywiście wszędzie są tabliczki, które ci zakazują nawet na tą trawę patrzeć…
Ale co poradzić… beton jest równie wygodny prawda?

Changsha to właśnie w większej mierze betonowa dżungla i do tego jest dość zanieczyszczona, dlatego wyspa ta mimo wszystko była idealnym odpoczynkiem od tego całego zgiełku.

Jeszcze lepszą odskocznią od tłumów w mieście była góra Yuelu. U jej podnóża można zwiedzić akademię Yuelu, która została założona w 976 roku i była jedną z najbardziej uznawanych placówek w antycznych Chinach. Jako jedyna z historycznych akademii została też uniwersytetem, w którym uczą do dzisiaj.

Studenci teraźniejszego Hunan University mają chyba jeden z lepszych kampusów, wystarczy 5-minutowy spacer i mogą zaczynać wspinaczkę…

W drodze na szczyt, jak chyba na każdej Chińskiej górze, jest dużo świątyń i innych miejsc gdzie można przysiąść i odpalić kolejne kadzidełko. Na zdjęciu poniżej możecie też zobaczyć czerwone wstążki przywiązane do drzew – są to modlitwy, czy też życzenia. Chińczycy wieszają je tam z nadzieją, że dzięki jakiejś sile wyższej ich życzenia się spełnią. Kolor wstążek również jest nie bez znaczenia, czerwony symbolizuje szczęście.

Po wejściu na szczyt góry Yuelu możemy sobie podziwiać taki widok na cudowny smog:

Nawet nie wiecie jak ciężko jest fotografować widoczki przy wysokim zanieczyszczeniu…

Co jednak było najlepsze w tym mieście i co jest moim najlepszym wspomnieniem stamtąd to szczeniaczki! Tak, w końcu, tytułowe szczeniaczki!

Całkiem przez przypadek, jak jednego dnia szukaliśmy restauracji zawędrowaliśmy w jedną z bocznych uliczek i znaleźlimy te małe, piękne cuda! Zmontowałam dla was filmik (bardzo amatorski), także zobaczcie sami ile ich tam było!

—–>KLIK<—–

 

 

 

Advertisements

Jedna uwaga do wpisu “Changsha – miasto szczeniaczków?

  1. Pingback: 2 dni w Zhangjiajie – MEGAERA

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s